Letnia Szkoła Ceramiki Ludowej: Pawłów

Obraz 109 Obraz 145 Obraz 150
Pawłów – wieś należąca do gminy Rejowiec w powiecie chełmskim.

W Pawłowie garncarstwo rozwinęło się w XVII wieku. W I połowie XX wieku działało tu około 150 garncarzy, jedynie kilku posiadało własne piece. Pawłowscy rzemieślnicy odsprzedawali za niskie ceny nie wypalone wyroby handlarzom, którzy po wypaleniu naczyń znacznie podbijali ceny towaru. W 1935 roku, w celu ochrony swojej produkcji, garncarze założyli spółdzielnię oraz sklep w Lublinie, gdzie sami mogli dyktować ceny. Zasłużoną osobą dla pawłowskiego garncarstwa jest ks. Antoni Wójcikowski, w latach 1907 – 1916 proboszcz tamtejszej parafii rzymskokatolickiej. Ksiądz zorganizował dla miejscowych garncarzy wyjazd na nauki rzemiosła do Lwowa, gdzie poznali nowe techniki wykonania i sposoby wykończenia. Sprzyjającym warunkiem rozwoju garncarstwa w Pawłowie były bogate pokłady gliny. Do wyrobu używana jest glina tłusta. Jest to glina o niewielkiej zawartości piasku, plastyczna, ciągliwa. Po wypaleniu jest zwarta, a wyroby nie przepuszczają wody. Gliny tłuste są bardzo dobre do pracy na kole, jednak sam wypał jest ciężki, ponieważ w jego trakcie wyroby często pękają. Do gliny tłustej dodawana jest glina piaszczona. Mieszanka ta dobrze się wyrabia, a wypał w piecu nie powoduje tylu strat.  Glina jest sezonowana, przepuszczana przez walce w celu pozbawienia zanieczyszczeń i grudek. W Pawłowie stosowano tradycyjnie przygotowywane szkliwa, tzw. minię – tlenek ołowiu. Obecnie stosuje się szkliwa bezołowiowe, kupowane w specjalistycznych sklepach. W I połowie XX wieku dzięki obecności Ukraińca Michała Wołoszczuka spod Kołomyji, w Pawłowie pojawiła się ceramika huculska. Mimo to Pawłów słynie głównie z siwaków, których precyzja wykonania, dekoracja i kolor wyróżniała się spośród innych ośrodków. Pawłowskie siwaki oraz znicze przez wiele lat wykorzystywane były na cmentarzach. Podobnie jak inne gliniane naczynia i te wyparte zostały przez plastikowe wazony i szklane znicze. W pracowniach garncarskich wytwarzano również naczynia z rozszerzaną górną częścią czyli tzw. szmalcówki, naczynia do przechowywania mleka, mąki, dwojaki, trojaki, wazony, dzbany. Wspominane są czasy, kiedy w Pawłowie swoją świetność przeżywały naczynia wzorowane formami greckimi. Był to okres gdy garncarstwo z najniższych warstw trafiło również do burżuazji i mieszczaństwa, któro używało „greckich waz” w domu jako dekoracji oraz urn.

 

Sławomir Żołnacz


Obraz 133Moja przygoda z garncarstwem zaczęła się od najmłodszych lat, bo to jest jednak taka rodzina z tradycjami, garncarska bo i dziadek, pradziadek robił i ojciec mój. Tak że z garncarstwem to mam kontakt od najmłodszych lat i tak całe życie się robiło przy tej glinie. Już tylko ja zostałem. Parę lat temu to ojciec jeszcze robił, ale w tym roku mu się umarło, tak że dobrze, że zdążył mi przekazać tajniki niektóre.  
Początki były trudne. Bo to nie jest takie proste. Co innego jest przyglądać się, nawet uczestniczyć w tym, bo to taka była u nas praca podzielona. U nas ojciec zrobił garnki takie surowe, ja tam zajmowałem się ozdabianiem tego. Ale co innego jest robić, doklejać uszy, a co innego jest robić garnek. Jest bardzo duża różnica i ciężko było.  Glinę mamy tutejszą, bo to dzięki temu, że są pokłady gliny to pojawiło się u nas garncarstwo. Z początku kopalnia brała tą glinę, bo to kiedyś do cementu dodawali. Później to się ten proces zmienił, ale były dobre pokłady gliny i to się tak robiło.

Kiedyś było bardzo dużo, kiedyś to chyba było ze 120 garncarzy, takich co ktoś z gliną miał do czynienia. Jak nie garnki to znicze, czy doniczki, nawet kafle były robione tutaj w Pawłowie. Kafle to były lata jakieś siedemdziesiąte. Takie typowa, zwykła kafel, aby była szkliwiona.  Nasza glina jest do garnków, to musowo wykorzystywać dwa rodzaje gliny. Kopie się glinę tłustą, kopie się tak zwany mulik, taki grubszy piasek. Tylko, że on jest też glinkowaty, taka glinka bardzo piaszczona, To się miesza, są maszyny do tego przystosowane. Produktem końcowym są wałki, które można ciąć i coś z tego robić. Kiedyś to jak nie było maszyn, to były różne sposoby sezonowania gliny. Teraz to wystarczy wykopać, polać wodą i jak się przerabia w takich maszynach i praktycznie od momentu wykopania już po dwóch, trzech tygodniach ona nadaje się do przerabiania. Bo przez te dwa, trzy tygodnie trzeba ją wodą polewać, żeby ona sobie spokojnie zmiękła. Robimy garnki, w moim przypadku robię takie raczej rzeczy, takie ozdobne może mniej tradycyjne, aczkolwiek wszystko to jest robione w sposób tradycyjny bez żadnego oszukaństwa, bez żadnych form. Wszystko jest robione ręcznie. Jak tutaj zrobione są garnki to po jakiś dwóch dniach będą uszy dodawane, czy inne zdobienia, bo to musi trochę podeschnąć, żeby nadawało się do dalszej obróbki. No i później suszenie. Również dwa, trzy tygodnie proces suszenia trwa. (…) Nasza glina do robienia jest bardzo dobra, ale trzeba ją delikatnie suszyć. Schnie dwa, trzy tygodnie, zależy od temperatury jaka jest na zewnątrz. Ona najlepiej schnie swoim tempem. Zima to się podgrzewa, ale to nie jest dobre bo mamy dużo strat w tym okresie. Najbardziej chodzi o wahania temperatury. W lecie, albo tutaj, albo mamy tą chatynkę starą, to tam jest też suszarnia, to najlepiej w takim drewnianym pomieszczeniu najlepiej sechną. (…) Czyli cały proces od momentu zrobienia takich wałków od końca to około miesiąca trwa.  Mamy piec tradycyjny, zrobiony z opoki, przystosowany głównie do wypału siwaków. U nas te piece się rozpowszechniły bo Pawłów słynął kiedyś z siwaków i te piece nadają się do tego, bo nie każdy piec się nadaje do tego.

Obraz 102Siwaki robiłem pierwszy raz w tym roku. To się różni od tej biskwitowej ceramiki bo ceramika czerwona to się rozgrzewa jak w piekarniku do około 900 stopni i ona sobie stygnie swobodnie z dostępem powietrza a tutaj w pewnym momencie kończy się już cały wypał ceramiki czerwonej, dodaje się jeszcze raz drzewa sosnowego, bo u nas wypalane jest drzewem sosnowym, rozgrzewa się blisko do 1000 stopni, jeszcze raz się daje drzewo, i dwa otwory, czyli ten, którym się podaje drzewo i otwór, w którym się wkłada garnki zasypuje się ziemią. Zastawia się blachami, zasypuje się ziemią. To jest taka metoda beztlenowa, redukcji tlenu i przez to uzyskuje się te siwaki. To jest taki typowy piec z opoki, glina połączona tą opoką i zasypany ziemią. Zdobione są takim pawłowskim rytem, rysowane krzemieniem, około tygodnia po zrobieniu żeby były takie jeszcze w miarę miękkie, ale nie za miękkie, żeby się pod ręką nie gięły. To jeszcze rysowała moja mama.

Koło, nożyk, ten akurat zrobiony jest z tekstalitu po ojcu pozostał mi, jakaś gąbka do wytarcia, naczynie na wodę, żyłka do ścięcia naczynia. Są jeszcze różne zdobniki, do robienia paseczków, nawet zwykły widelec może być narzędziem, bo ciekawy pasek można zrobić. To zależy od pomysłowości. Główną rzeczą to jest dobry nożyk, żeby dobrze gładził. (…) Koła się zmieniły bo ja mam zrobione takie pod siebie koło elektryczne, bo kiedyś były kopane.  Minia tak zwana, czyli tlenek ołowiu. Kiedyś innych szkliw nie było, teraz są bezołowiowe szkliwa, to jest łatwiej. Z drugiej strony minia była bardzo dobra do wypału, miała ładny kolor, ładnie się szkliła. Teraz te szkliwa mają bardzo niską tolerancję na temperaturę. U nas w piecu próbowałem wypalać, jest ciężko wypalić, a minię próbowałem i bardzo ładnie wychodziło. Kolor był różny, bo to zależało i od gliny i od wypału, także od koloru bladożółtego, nawet po zielony. Tym bardziej, że to było wypalane w piecu tradycyjnym, ogniem. W domu kultury wypalaliśmy z tego samego wiaderka wypalaną minię tam w piecu elektrycznym to wyszła taka troszeczkę czerwonawa, a ja wypalałem to wyszła zielona. Po prostu z ognia, ogień ma wpływ na taki kolor. Glina była ta sama, bo to też na moim garnku było wypalane i w dwóch piecach dwa różne kolory się pozyskiwało.

Kiedyś to typowe były jakieś smalcówki, czyli takie z szerokim otworem, czy na mleko, czy na jagody. Głównie takie rzeczy. U nas, w tej części Polski się utarło, że siwaki były wykorzystywane głównie na cmentarzach jako ozdoby. Teraz też mamy dużo zapytań o siwaki bo ludzie wracają do tej tradycji. Pomaga cała rodzina. Bo to jest taka praca, że jest jej dużo. Zdobieniami to w dalszym ciągu ja się zajmuję głównie, ale to trzeba powynosić, żeby się zeschło, poprzewracać do góry dnem. On tutaj to jest dość cienki, bo ścianki robi się cienkie, a w denku musi być trochę grubszy, ku dnu jak się schodzi musi być grubszy i jak on u góry wyschnie, u dołu wyschnie, to w środku później ta wilgoć będzie wychodzić na zewnątrz i je wysadzi.
To już czwarte, piąte pokolenie, przynajmniej, nigdy nie zagłębiałem się w tą historię rodziny. Z tego co się orientuję, to przynajmniej pradziadek, u mnie to wszyscy, tak samo moja babcia, taty mama, garnki rysowała. Bo to właśnie ze strony ojca rodzina miała ten kontakt z gliną, bo mama to nie. Ona jak przyszła to malowała te garnki. W Pawłowie teraz to praktycznie został jeszcze tylko jeden Leszek Kiejda, bo jest jeszcze Filipczuk, on też z Pawłowa, ale teraz to w Rejowcu mieszka. Ale on bardziej takie lepienia robi, lepi motywy religijne, chociaż na kole też toczy. Każdy chciałby żeby robić to, co najbardziej ludowe, ze względów finansowych. Te rzeczy ludziom się podobają, takie rzeczy kupują. To jest moja praca.

 ZOBACZ FILM: Letnia Szkoła Ceramiki Ludowej – Sławomir Żołnacz – Pawłów